Akcja German Death Camps, o której było głośno w lutym i marcu tego roku, wbrew pozorom nie zakończyła się. Mobilny billboard przejechał dwukrotnie przez Niemcy, Belgię i Wielką Brytanię, ale organizatorzy na tym nie poprzestają. Problem zakłamywania historii wciąż istnieje i na tym polu pozostaje wiele do zrobienia. Dzisiaj wrocławianie mieli okazję wrócić do tematu, bo o pomyśle, realizacji, trasie i planach, podczas spotkania przy ul. Kuźniczej we Wrocławiu opowiadali Kamil Rybikowski, rzecznik prasowy inicjatywy oraz Marcin Wolak, jeden z organizatorów przedsięwzięcia.

Fundacja Tradycji Miast i Wsi prowadzi stronę internetową www.germandeathcamps.org już od dwóch lat. To już wtedy zrodził się pomysł na mobilny billboard. Działacze jednak potrzebowali zebrać odpowiednią kwotę i czekali na odpowiedni moment. W między czasie m.in. w trakcie trwania Światowych Dni Młodzieży w Krakowie i w okolicach Błoni zawisły plakaty i billboardy akcji. Projekty graficzne zostały wyłonione w konkursie na portalu wykop.pl.

Dobry moment na akcję billboardową pojawił się gdy niemiecka publiczna stacja ZDF po raz kolejny użyła sformułowania „Polskie obozy zagłady”, na co pozwem odpowiedział były więzień obozu w Auschwitz, Karol Tandera. Proces wygrał, niestety stacja telewizyjna nie wykonała należycie wyroku sądu. To wtedy zdecydowaliśmy się pojechać pod ich główną siedzibę do Moguncji i przypomnieć o obowiązku wynikającym z wyroku – mówił Marcin Wolak.

Początkowo akcja nabrała rozpędu w Internecie dzięki takim profilom jak Żelazna Logika na Facebooku. Użytkownicy Wykopu również nie pozostali obojętni. Zalewani profili stacji ZDF w mediach społecznościowych kończyło się zawsze tak samo – blokowaniem użytkowników, którzy przypominali o przeprosinach oraz o tym, że obozy były niemieckie. To jednak nie wystarczało i należało podjąć dalsze kroki – zauważył Kamil Rybikowski.

Billboard wyjechał z Wrocławia. Trasa wiodła do Moguncji pod główną siedzibę stacji ZDF. Tam po incydentach z niemiecką policją udało się wyruszyć dalej. Do Bonn, Brukseli, Londynu i Cambridge. Akcja rozeszła się szerokim echem nie tylko w polskich mediach, ale również zagranicznych. Pisał o niej chociażby angielskojęzyczny Newsweek, w sytuacji gdy polska edycja tygodnika sprawę całkowicie przemilczała – dodaje Wolak.

Drugi etap – czyli powrót – nie był na początku planowany – mówił Rybikowski. Jednak odzew był mocny, spłynęło również trochę dodatkowych funduszy, więc należało kuć żelazo póki gorące. Tym bardziej, że chcieliśmy odwiedzić ponownie Brukselę – w czasie trwania posiedzenia Parlamentu Europejskiego – dodał.

Goście spotkania opowiadali również o groźbie pozwu jakie Fundacja otrzymała od niemieckiej kancelarii – chodziło o plagiat wizerunku Adolfa Hitlera przedstawionego na plakacie. Dzięki wsparciu prawników z Polski, zostało wystosowane pismo, na które wciąż organizatorzy nie otrzymali odpowiedzi. Niemiecki wydawca książki „On Wrócił”, chyba jednak uznał, że sądzenie w tym wypadku nie przyniesie mu żadnych korzyści.

Jak zaznaczają organizatorzy akcji – to nie koniec. W planach mają szeroką kampanię w USA. Nie chcieli narazie zdradzać szczegółów, ale zaznaczali, że na pewno nie będzie to już billboard, który w warunkach amerykańskich po prostu by się nie sprawdził. Przedstawiciele Fundacji rozmawiają również z potencjalnymi partnerami i sponsorami, bo akcja w USA będzie kosztować wielokrotnie więcej niż ta w Europie, ale jak zaznacza Marcin Wolak – za oceanem jest ona wyjątkowo bardzo potrzebna. Tam nieznajomość historii, brak wiedzy, a czasem zwyczajna ignorancja przewyższają nasze wyobrażenia. Niemcy skutecznie od lat prowadzą swoją politykę historyczną mającą na celu oczyszczanie ich z win. Za oceanem dzieje się to głównie kosztem Polski i Polaków – przez zakłamywanie historii. Jeśli teraz nie zaczniemy tego przezwyciężać, to za kilka lat może być już za późno.

Organizatorzy wciąż zbierają na ten cel fundusze w serwisie zrzutka.pl: https://zrzutka.pl/trasa-german-death-camps-w-usa-w9cupa

Komentarze

komentarzy