Prywatny właściciel miał zakończyć okres marazmu i dać nadzieje kibicom na lepsze czasy Śląska. Fiasko prywatyzacji powoduje powrót do punktu wyjścia, z tym że z nowymi problemami i kacem po nieudanej transakcji.

Relacje na linii miasto a podległy mu klub można porównać do relacji rodziców z synem, który mimo iż już dawno osiągnął wiekową dojrzałość to w dalszym ciągu znajduje się na garnuszku rodziców. Wszyscy zdają sobie sprawę, że nie jest to sytuacja normalna. Podatnicy wrocławscy nie powinni zrzucać się na profesjonalny klub piłkarskich, na pensje dla piłkarzy i działaczy. Z drugiej jednak strony bez tego wsparcia syn (klub) wyląduje na bruku, a jednak jest on zbyt ważny dla rodziców (miasta) by do tego dopuścić. Im dłużej jednak ta sytuacja trwa, tym większa wściekłość opinii publicznej, gdyż pieniądze na WKS do niewielkich nie należą a wiele rzeczy domaga we Wrocławiu doinwestowania jak choćby drogi lokalne czy komunikacja miejska.

Dla samego klubu to też sytuacja daleka od dobrej. Nie daje ona poczucia stabilności, gdyż w którymś momencie prezydent i rada miejska mogą powiedzieć pas i klub będzie zmuszony ogłosić upadłość. Gdy podmiot jest przez właściciela (tym bardziej gdy jest to właściciel publiczny) traktowany jak wrzód na organizmie to tym trudniej o podjęcie działań, które choćby w ograniczonym stopniu poprawią sytuacje klubu. I tak marketing klubu kuleje, stadion świeci pustkami a w ponad półmilionowym mieście istnieje problem ze znalezieniem reklamodawców na bandy reklamowe, że już o sponsorze na koszulkach nie wspominając. Sportowo również występuje równia pochyła. Po przebłysku w sezonie 2014/2015 skutkującym awansem do europejskich pucharów dwukrotnie wrocławianie wylądowali w grupie spadkowej, w zeszłym sezonie o ligowy byt drżąc niemal do końca ligowych rozgrywek. Mistrzostwo z 2012 roku wydaje się wręcz prehistorią.

Tegoroczne lato miało to zmienić. Klub miał mieć nowego właściciela i przysłowiowy syn w końcu miał się usamodzielnić. Procedurze prywatyzacji towarzyszyły jednak pewne wątpliwości. Z dwóch ofert na doradcę prywatyzacyjnego wybrano tę o 330 tys złotych droższą, w dodatku złożoną przez…członka rady nadzorczej Śląska mecenasa Jacka Masiotę. Masiota oczywiście natychmiast po zaakceptowaniu przez miasto oferty z rady ustąpił, ale niesmak pozostał. Miasto wybór tej oferty argumentowało faktem, iż Masiota obiecywał cały proces przeprowadzić znacznie szybciej tak by zdążyć przed startem sezonu ligowego. Jak się później jednak okazało sprawdziło się stare przysłowie ‘’że co nagle, to po diable’’.

Mimo tych wątpliwości chyba każdy sympatyk zielono-bialo-czerwonych na proces prywatyzacji patrzył z optymizmem. Widoczny on był zresztą także w samym klubie, gdzie prezes Bobowiec z dyrektorem Matyskiem wzięli się za kompletowanie drużyny na zbliżający się sezon. Perspektywa rychłego znalezienia właściciela i zapoczątkowania nowego projektu w klubie o sporych tradycjach i mieście z potencjałem zachęcała do przeprowadzki do Wrocławia. Nic więc dziwnego, że po średnio udanych zagranicznych wojażach w celu przypomnienia o sobie na Oporowską zawitali m.in. Jakub Kosecki i Arkadiusz Piech.

Działania Bobowca i Matyska opatrzone były jednak sporym ryzykiem. Należało działać tu i teraz, nie mając pojęcia kto właścicielem zostanie i jakie będzie mieć plany, także na ich dalszą obecność w klubie. Transfery sprawiły, że z walki o Śląsk wycofał się Michał Probierz, który miał być partnerem Andrzeja Kuchara – jednego z oferentów i przejąć rolę menadżera-współwłaściciela. Tak się jednak złożyło, że Śląsk nabył kilku piłkarzy takich jak Słowik czy Tarasovs. których wcześniej on się pozbył pracując m.in. w Jagielloni. Niepewność wygrania przetargu oraz późniejsza konieczność współpracy z piłkarzami, których nie on dobierał zdecydowała o tym, że wybrał on jednak pracę w Cracovii.

Zmiana właściciela w połowie lipca przy zakończeniu okienka z końcem sierpnia dawałby jednak czas odnieść właścicielowi swoje piętno na składzie drużyny, poprzez transfery. Poza Kucharem wszyscy pozostali oferenci raczej zapowiadali pozostawienie obecnego zarządu klubu, przynajmniej na jakiś czas. To dawało nadzieje na brak chaosu tuż przed startem sezonu. Dodatkowo z klubu dochodziły głosy o dużym transferze finalizowanym już po prywatyzacji. Pojawiał się temat Marcina Robaka – króla strzelców Ekstraklasy w poprzednim sezonie oraz kwestia powrotu do Wrocławia Waldemara Soboty.

Zakupem akcji Śląska (miasto posiada 54% udziałów w klubie, reszta należy do konsorcjum)  zainteresowało się czterech oferentów. Spółka Capital z.o.o, związana z Mariuszem Klimkiem byłym współwłaścicielem Ruchu Chorzów, wrocławski biznesmen Grzegorz Ślak, Amerykanin Dean Johnson oraz wspomniany wcześniej Andrzej Kuchar.

Na specjalnej konferencji prasowej prezydent Dutkiewicz i mecenas Masiota ogłosili wygranego oferenta. Został nim lokalny biznesmen Grzegorz Ślak i jego firma Wratislava Biodisel. Kibice WKSu przyjęli ten werdykt z zadowoleniem, gdyż Ślak często mówił o sobie jako o człowieku związanym z regionem, podkreślał swoją wieloletnią sympatię do Śląska. W przeszłości inwestował w żużel, doprowadzając chociażby do sukcesów Unię Tarnów. CV miał chyba spośród wszystkich oferentów najlepsze, nawet biorąc pod uwagę ciążące na nim zarzuty karne. Johnson w przeszłości odchodził w niesławie z kilku klubów w USA i Belgii, Kuchar także będąc właścicielem Lechii Gdańsk w latach 2009-2014 do pupilków zbratanych z wrocławianami kibiców nie należał. Grupa Klimka chyba od początku wydawało się za to najmniej poważnym spośród oferentów.

Dzień po ogłoszeniu werdyktu przez pełnomocnika ds. prywatyzacji Śląska 6 lipca rada miasta wydała zgodę na sprzedaż klubu. Za było 31 radnych, dwóch się wstrzymało i nikt nie był sprzeciw.  Kwestia sprzedaży nie budziła sporów politycznych, mimo że opozycja polityczna (głównie PiS) krytykowała pośpiech i brak transparentności przy procesie prywatyzacyjnym. Wszystko zmierzało do szczęśliwego końca, aż tu nagle problemy zaczął stwarzać sam główny zainteresowany.

Ślak zaczął stawiać kolejne wymagania m.in. żądał preferencyjnego najem stadionu, całkowitego zysku dla klubu ze sprzedaży biletów i ze sponsora tytularnego dla stadionu, którego to Ślak miał znaleźć (Stadion Wrocław jest jedynym stadionem zbudowanym na Euro, który takowego nie posiada). Miasto zgodziło się na wszystkie warunki, lecz to nie zadowoliło Ślaka który mimo złożenia podpisu pod umową  bezwarunkową nie podpisał aktu notarialnego i nie przelał na konto miasta wynegocjowanych 3 milionów złotych.

Co spowodowało brak finalizacji procesu prywatyzacyjnego? Tym zajmie się sąd. Mecenas Masiota stawia dość prawdopodobną tezę, że prezes Ślak nie działał w dobrej wierze. Problem tylko w tym, że to Masiota był odpowiedzialny za to by między innymi takie rzeczy zweryfikować. Wrocławscy podatnicy zapłacili mu za to zresztą prawie 600 tysięcy złotych. Czy odda on te pieniądze? Poczucie przyzwoitości by raczej to nakazywało.

Tym bardziej, że istnieje domniemanie mówiące o tym, że Masiota z Dutkiewiczem zdawali sobie sprawę z tego wszystkie cztery oferty są trafne (po zerwaniu rozmów ze Ślakiem nie chciano wrócić do 3 innych oferentów), lecz mimo to wybrano tą z najmniejszą liczbą wad, aby nie narazić się na straty wizerunkowe. Nie przepuszczali jednak zapewne, że sprawa wysypie się już na etapie finalizacji transakcji. I tym samym straty wizerunkowe są jeszcze większe. Ma Rafał Dutkiewicz szczęście, że jest to jego ostatnia kadencja bo przy takiej wpadce szansa na reelekcje wyraźnie by zmalała.

W efekcie klub został bez środków do życia, stąd też w trybie pilnych prezydent Dutkiewicz zwołał nadzwyczajną sesję rady miejskiej. Dotacja miasta dla Śląska wyniosła 10 mln złotych. Za głosowało 16 radnych, 5 było przeciw a 4 wstrzymano się od głosu. Frekwencja wśród miejskich rajców była słaba ze względu na zorganizowanie sesji na chybcika, w środku sezonu urlopowego. Nie można nie odnieść wrażenia, że cała sytuacja stawiała radnych pod ścianą bo głosując ‘’przeciw’’ tejże dotacji tak naprawdę spisywali oni wyrok śmierci na klub obchodzący w tym roku swoje 70-lecie.

I tak syn, który wreszcie miał oderwać się od rodzinnego gniazda i zaczął zarabiać na siebie musiał dostać solidne kieszonkowe na życie. Radny Kłosowicz z SLD proponował wydanie tej kwoty w formie pożyczki a nie dotacji, ale chyba tak naprawdę nikt w magistracie nie wierzy że klub kiedykolwiek te pieniądze by spłacił. Przegłosowano, więc dotację a nie pożyczkę. Licząc zapewne, że uda się jeszcze kiedyś coś odzyskać od Ślaka, od którego miasto będzie chciało wyegzekwować karę umowną – 30 mln złotych.

Nie ma zresztą pewności czy to 10 mln wystarczy na funkcjonowanie Śląska do końca roku. Zwłaszcza, że w klubie nie liczono się z tak trudną sytuacją i podpisywano wysokie kontrakty z piłkarzami. Przykładowo Jakub Kosecki zarabiać ma 63 tysiące złotych miesięcznie, dwie trzecie tej kwoty (40 tys) inkasować ma Arkadiusz Piech. Raczej jasne jest, że nikt z nazwiskiem już w tej sytuacji do Wrocławia nie zawita a władzom klubu bardzo trudno będzie spiąć to wszystko do kupy. Propozycja Dutkiewicza by to spółka zarządzająca stadionem zarządzała też klubem jest chyba dobrym rozwiązaniem, gdyż nie ma sensu mnożyć niepotrzebnej ilości bytów i tworzyć przez to niepotrzebne koszty administracyjne. Żadnego to jednak problemu w oczywisty sposób nie rozwiązuje.

Od kilku miesięcy chodząc na stadion miejski we Wrocławiu i obserwując mierną grę piłkarzy miało się wszechobecne poczucie beznadziei. Nic, więc dziwnego że masochistów chcących odbyć podróż na Maślice w celu wybrania się na mecz było coraz mniej. Prywatny właściciel obiecywał jednak spore pieniądze i wraz z nowym sezonem zaczęto w końcu żywić nadzieje na lepsze dni dla wojskowego klubu. Marzenia pękły jednak jak domek z kart a na domiar złego Śląsk piłkarsko skompromitował się w pierwszym meczu ligowym na wyjeździe z Arką Gdynia. Miała być rywalizacja o puchary, będzie znów troska o przetrwanie na najwyższym szczeblu rozgrywek.

Za rok wybory samorządowe. Sprawa Śląska na pewno będzie jednym z głównych tematów kampanii wyborczej we Wrocławiu. Zwłaszcza, że nic nie wskazuje na to że do tego czasu jakiś inwestor się znajdzie. Następca Dutkiewicza może już nie chcieć być kochającym rodzicem roztaczającym nad klubem parasol ochronny. A wtedy Śląsk może czekać kazus Ruchu Chorzów. Miejmy nadzieje, że do tego nie dojdzie, ale o optymizm w tej sytuacji niezmiernie trudno.

Kamil Rybikowski

Komentarze

komentarzy