Wybory samorządowe mają wiele twarzy. Z jednej strony to czas ostrej często brutalnej rywalizacji, walki o stołki lub bezwzględnej wojny o utrzymanie posiadanej już władzy. To też czas obywatelskiego przebudzenia, bo przecież nie każdy w polityce ma złe zamiary. Dlatego to też czas obietnic, realnej troski i chęci wpływu na na nasze najbliższe otoczenie. Na nasze małe ojczyzny, jak często słyszymy. By żyło nam się po prostu lepiej i każdy ma okazję wykazać się pomysłowością, w jakim kierunku iść.

Dla tych którzy decydują się startować na różne stanowiska (kierując się najróżniejszymi przesłankami), wybory samorządowe, to również czas deklaracji politycznych. To również konieczność zmierzenia się z różnymi zarzutami. Mogą one dotyczyć przynależności do tego czy tamtego lokalnego układu, bycia w tej czy innej klice, a z innej strony braku doświadczenia czy udokumentowanych umiejętności. Jeśli taki kandydat bądź kandydatka należą do partii, będą oskarżani o partyjniactwo. Jeśli nie należą, ich przewinieniem będzie bezpartyjniactwo. Chociaż nie, oni się będą tym chwalić. Bezpartyjniactwo urasta zatem do cnoty. Czy słusznie?

Warto tutaj podkreślić jedną rzecz. Na żadnym szczeblu nie ma władzy bez polityki. Tak po prostu działa nasz świat i żadne piękne słowa tego nie zmienią. Jeśli chce się rządzić skutecznie, realizować swoje przedwyborcze obietnice i wypełniać wszelkie zobowiązania, należy po prostu umieć grać w tę grę. Polityką można się interesować, ale to nie to samo co robienie polityki. I tu pojawia się to co najważniejsze – intencje. Czy lokalny samorządowiec działa na rzecz dobra wspólnego czy na rzecz swoich własnych partykularnych interesów? Czy ma zatem tu większe znaczenie to czy ktoś należy do jakiejkolwiek partii czy nie należy? Skąd pomysł na dzielenie pod tym względem kandydatów na lepszych i gorszych?

Pytanie jakie należy sobie tu postawić brzmi: czym zatem różni się polityk partyjny od polityka bezpartyjnego? Odpowiedź jest prosta: niczym.

No chyba, że weźmiemy pod uwagę fakt, że partie są ustrukturyzowane i hierarchiczne. Wiadomo po jakiej linii przebiega władza oficjalna. Od partii wymaga się większej transparentności w działaniu. Struktury bezpartyjne czy to zorganizowane na szerszą skalę, czy skupione wokół lokalnych przywódców mają pod tym względem łatwiej, ale tam władza oficjalna nie istnieje. Tam rządzi wyłącznie polityka zakulisowa. Czy to znaczy, że są tam ludzie gorszego pokroju? W żadnym wypadku. Są tacy sami. Ale ta emocjonalna wojna poszła już tak daleko, że wypisanie się z partii zapowiedział chociażby kandydat Zjednoczonej Prawicy na prezydenta Warszawy Patryk Jaki. Czy przybędzie mu sympatyków? Wątpię? Czy zmieni jego wizerunek w kampanii? Raczej nie. Czy ruch ten wydaje się szczery?

Ale można też być partyjnym kandydatem startującym z własnego komitetu, by swoje partyjniactwo przykryć – tak było przecież w przypadku prezydenta Romana Smogorzewskiego, do niedawna członka Platformy Obywatelskiej (którą opuścił po swoich seksistowskich występach, ale poparcia partii nie stracił), startującego z własnego komitetu, żeby było bezpartyjnie.

We Wrocławiu również mamy zalew bezpartyjnych kandydatów na prezydenta.

– bezpartyjna jest Katarzyna Obara-Kowalska, bo przecież ze wsparciem Bezpartyjnych – tych największych w kraju
– bezpartyjny jest Jerzy Michalak, bo Bezpartyjny Ruch Obywatelski
– bezpartyjny jest Jacek Sutryk chociaż partie go popierają, on sam jest bezpartyjnym kandydatem bezpartyjnego Rafała Dutkiewicza
– bezpartyjny jest Zbigniew Jarząbek, kiedyś członek UPR oraz KNP, ale dziś kandydat bezpartyjnego komitetu Kukiz’15.

Można odnieść wrażenie, że wybory samorządowe w ogóle są bezpartyjne, co oznacza, że wolne są od partyjnych rozgrywek. Ale czy wolne są od rozgrywek bezpartyjnych? Przerzucać tak się można bez końca, więc do meritum. Najważniejsze jest aby nie dać sobie wmówić, że kandydatów powinniśmy dzielić na lepszych i gorszych tylko ze względu na to czy przynależą, bądź nie przynależą do zorganizowanego w taki czy inny sposób ugrupowania politycznego.

W niedzielę najlepiej kierować się głosem rozsądku i decyzje podejmować zgodnie z własnym sumieniem. Tu gra toczy się o kolejne 5 lat. To sporo czasu, który może przynieść wiele dobrych zmian dla wszystkich mieszkańców. Nie zmarnujmy tej okazji i pamiętajmy: partyjność i bezpartyjność nie mają tu nic do rzeczy, liczą się ludzie i ich intencje, a nie szyldy, które przecież też z czasem się zmieniają.

Komentarze

komentarzy